Wolnomularz Polski nr 51 - Page 42

42 K Ą C I K L Zostawiwszy w szatni kapelusz oraz płaszcz, i otrzymawszy w zamian niepozorny skrawek tektury (który oczywiście gubicie, zanim odbierzecie swoje rzeczy), wchodzicie do sali, w której znajdują się trzy długie stoły dla mniej ważnych gości oraz jeden stół ustawiony prostopadle do nich na podwyższeniu, przeznaczony dla szczególnych przyjaciół biednych sierot. Szczęśliwie znalazłszy miejsce nie oznaczone niczyją kartą wizytową, natychmiast je zajmujecie i możecie się spokojnie porozglądać. Kelnerzy chodzą z białymi koszami w rękach i rozstawiają na stołach karafki z sherry – w odpowiedniej odległości jedna od drugiej. Melancholijne solniczki i sfatygowane naczynia na ocet, które mogły niegdyś należeć do rodziców biednych sierot, rozparcelowano w znacznych odległościach na serwecie. A noże i widelce sprawiają wrażenie, jakby służyły na każdym publicznym przyjęciu w Londynie od wstąpienia na tron Jerzego I. Grajkowie niesamowicie skrzypią, zgrzytają i piłują – grają dosłownie bez nut. Kilku dżentelmenów przemyka za stołami, sprawdzając każdy talerz z gorączkowym zapałem, a ich oblicza nabierają ponurości, gdy ciągle czytają cudze nazwiska na kartach, nie widząc nigdzie własnego. Odwracacie się więc, by przyjrzeć się temu, co się dzieje przy stole za wami. Jako że nie jesteście przyzwyczajeni do publicznych przyjęć, uderza was nieco wygląd towarzystwa, na które pada wasz wzrok. Prym wiedzie tam między innymi niski mężczyzna o długiej i dość rozognionej twarzy oraz szarych, przylizanych na czole włosach. Na szyi nosi wstążkę z czarnego jedwabiu, bez stójki, niby taką apaszkę. Jego towarzysze P I S M O P R Z Y J A C I Ó Ł  I T E R A C K I zwracają się do niego poufale „Fitz”, czy jakoś podobnie. Obok niego stoi krępy mężczyzna z białą apaszką i wypłowiałą kamizelką, o błyszczących czarnych włosach, bardzo krótko obciętych z przodu, oraz zdrowej twarzy, na której starannie podtrzymuje na wpół sentymentalny głupkowaty uśmiech. Z kolei obok tego pana widzicie człowieka o wielkiej głowie, czarnych włosach i gęstych bokobrodach. A naprzeciwko nich jeszcze dwóch czy trzech innych, z których jeden wyróżnia się drobną okrągłą twarzą oraz niby-krawatem i niebieską kamizelką spodnią. Roztaczają wokół siebie dziwną atmosferę i takoż się zachowują, ale trudno opisać, dlaczego. Nie można pozbyć się wrażenia, że poza konsumpcją nic innego nie przyciągnęło ich w to miejsce. Nie macie jednak czasu na rozważenie tej kwestii, bo oto kelnerzy, którzy do tej pory w przepisowych szeregach ustawiali talerze na stołach, odchodzą na bok, ciemnowłosy mężczyzna w niebieskim płaszczu o jasnych guzikach, który dyryguje orkiestrą, spogląda na galerię i woła: „zespół!”, wybucha muzyka, wchodzi czternastu ochmistrzów, z których każdy trzyma w dłoni długą różdżkę, niczym zły duch z pantomin, a za nimi przewodniczący zgromadzenia i utytułowani goście przechodzą przez salę tak szybko, jak mogą, kłaniając się, uśmiechając i robiąc grymasy, a wyglądają wszyscy niezwykle uroczo. Owacja ustaje, odmawia się modlitwę i rozpoczyna się szczęk sztućców i talerzy. I każdy wydaje się wielce zadowolony – czy to obecnością czcigodnych gości, czy to rozpoczęciem niecierpliwie wyczekiwanej ko XښK