Wolnomularz Polski nr 51 - Page 37

N spodziewałam się go znaleźć. Chyba nie muszę wspominać, jaką radość sprawiło mi to znalezisko. Niestety nie wszystko można znaleźć. Wiele ksiąg, dokumentów zostało zniszczonych. Ten, kto powiedział: „szukajcie a znajdziecie”… nie był genealogiem. Genealog to połączenie archiwisty, poszukiwacza i detektywa. Ciągle natrafia się na jakieś zagadki, które trzeba rozwiązać, skojarzyć fakty, analizować i wciąż zadawać pytania. To wciąga i fascynuje. Pamiętam, jak dostałam pierwszą kopię metryki przodka. To był jeden wielki bazgroł. Jak to odczytać? Składałam niemal literkę po literce, jak dziecko z pierwszej klasy. Od ucznia, przez czeladnika do mistrza. Do mistrza jeszcze mi daleko, ale teraz metryki nie sprawiają mi już większego problemu, nawet te pisane cyrylicą. Jednak trening czyni mistrza. P R A C A C 37 H we mnie. Bez nich bym nie istniała, nie była taką jaka jestem. Genealodzy przeczą też prawom fizyki, bo tylko genealog posuwa się do przodu, cofając się. Mając metrykę dziadka, poznajemy jego rodziców, a więc krok naprzód, mimo że cofnęliśmy się do dzieciństwa dziadka. I nagle z całą mocą dociera do nas fakt, że dziadek też kiedyś był niemowlakiem. czcze pogróżki. Teraz już wiem. Znam jej imię i panieńskie nazwisko. Wiem, jak nazywali się jej rodzice i dziadkowie. Wiem kiedy i gdzie się urodziła, kiedy i gdzie brała ślub, a także kiedy i gdzie zmarła. Nie wiem tylko, czy była szczęśliwa i tego już się nie dowiem. Jak żyła? Mogę się tylko domyślać, czytając opisy życia w tamtych czasach. Ale wiem, że była, że jest realną osobą, a nie tylko bezimienną postacią ze starej fotografii. Życie wieczne? Tak, istnieje. To jest pamięć. Żyjemy, dotąd dopóki ktoś o nas pamięta. O moich przodkach do niedawna nikt nie pamiętał, nikt nic nie wiedział. Nie wiadomo było, kim byli ani nawet jak się nazywali. Teraz się o nich w rodzinie mówi, czyta, pamięta. Stali się realnymi osobami. Mają swoje życie po życiu. Jak napisała Wisława Szymborska: P amiętam pewną wizytę u cioci, która po wojnie przeniosła się do Wrocławia. Właściwie to nie całkiem była moja ciocia. Ona była siostrą mojej prababci (dwadzieścia lat młodszą), czyli moją cioteczną prababką, ale ja zawsze mówiłam ciociu. A więc podczas tej wizyty wyjęła starą, piękną fotografię, taką na tekturce, robioną u fotografa. Była na niej półroczna ciocia, siedząca na kolanach swojej matki, a mojej praprababci, poważnej matrony w długiej sukni z kameą przy kołnierzyku. To był rok 1916. Fotografia bardzo mi się podobała, a kiedy po obejrzeniu chciałam ją oddać, ciocia powiedziała: – Nie, to dla ciebie. Moja radość była wielka. Ale tak naprawdę ten gest cioci doceniłam dużo później. Kiedy to zdałam sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie była to jedyna pamiątka jaką miała i z jakichś powodów uznała, że powinna mi ją przekazać. N iesamowite wrażenie robi, kiedy widzi się własnoręczny podpis dawno nieżyjącego albo w ogóle nieznanego przodka. Kiedy ma się przed oczami księgę, którą on też widział i której dotykał. Znalazłam gdzieś zdanie, że „genealogia to nie pasja… to obsesja”! Chyba coś w tym jest. To rzeczywiście bardzo wciąga i bez reszty zaprząta myśli. Zdarza mi się będąc gdzieś, robiąc coś, myśleć nie o tym co robię teraz, ale o tym, gdzie jeszcze powinnam szukać, gdzie zajrzeć, aby znaleźć jakiś ślad przodka, który – być może – przegapiłam. Im więcej wiem, tym więcej chcę wiedzieć. Kiedy dopisuję kolejną osobę, chcę dopisać następne. To taka nigdy niekończąca się historia. I znów potwierdzenie prawdziwości przysłów, bo przecież „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Umarłych wieczność dotąd trwa Dokąd pamięcią im się płaci Chwiejna waluta. Nie ma dnia By ktoś wieczności swej nie stracił. S taram się, więc aby moi przodkowie tej wieczności nie stracili. Nasz łańcuch coraz bardziej się rozrasta i jest coraz mocniejszy. Przede mną jeszcze daleka droga. Zresztą genealog w zasadzie nigdy nie kończy swojej pracy. Zawsze jest coś jeszcze, co można znaleźć, odkryć, dopisać. Poza tym życie toczy się dalej, wciąż przybywają nowi członkowie rodziny, inni niestety ubywają. Mam więc pracę chyba do końca życia, nie będę się nudzić. Powiedziałam S:. M.S. J uż wtedy było to dla mnie wielkim przeżyciem, bo z wrażenia zapomniałam zapytać, jak nazywała się ta moja praprababcia. Znałam jej nazwisko po mężu, ale ani jej panieńskiego nazwiska, ani nawet imienia – nie. Kiedy to sobie uzmysłowiłam, niestety było za późno, ciocia już nie żyła i nie miałam kogo zapytać. Łańcuch się zerwał i moim zadaniem stało się dopasowanie ogniw. Czasami siadałam z tą fotografią, patrzyłam i pytałam: „Jak Ty się nazywałaś?”. Potem odgrażałam się, mówiąc: „I tak się dowiem”! Jak się okazało, nie były to P raca genealogiczna jest ciągłym szukaniem i dodawaniem ogniwa po ogniwie do łańcuszka genealogicznego. Nagle jest! Jakiś zagubiony pradziadek, zapomniana siostra prababci… W moim drzewie jest obecnie prawie 1000 osób, bardziej lub mniej spokrewnionych i spowinowaconych. Z dużą częścią z nich łączy mnie niewidzialny, ale i nierozerwalny łańcuch, łańcuch genów. Jakaś cząstka każdego z nich jest 1 A DESKA WYGŁOSZONA PODCZAS PRAC SZ:. L:. PROMETEA Paweł Laskowicz, Księga genealogiczna twojej rodziny. Praktyczny poradnik, Warszawa 2005, s. 26.  W O L N O M U L A R Z P O L S K I L A T O 2 0 1 2 • N U M E R 5 1